Lubił swoją pracę. Nie tylko pozwalała mu na długie godziny czytania, ale równocześnie zapewniała tyle kontaktów międzyludzkich, ile było mu niezbędne do życia czyli praktycznie zero.
Nie musiał z nikim rozmawiać o pogodzie, ciąży Marlenki z trzeciego piętra i podwyżkach podatków. Miał głęboko w dupie pogodę, ciążę Marlenki; podwyżek podatków nie miał tak głęboko w dupie, bo w końcu za coś trzeba było żyć, a marne pensum bibliotekarza ledwie wystarczało na egzystencję. Nie narzekał jednak. Pogodzony z losem, dzień w dzień przychodził do swojego repozytorium Dokumentów Rękopiśmiennych Zakazanych i Utajnionych przy Bibliotece Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Choć nazwa jego działu brzmiała dość tajemniczo i groźnie oraz obiecywała mnóstwo skrytych tajemnic państwowych i sekretów to szara rzeczywistość wyglądała inaczej. Aktami, które miał pod swoją opieką nikt się nie interesował, co ciekawsze egzemplarze na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechały w nocy ciężarówkami i uległy utlenieniu przy wydatnej pomocy byłych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Inne dawno zabrał IPN. Zostały druki wydatków restauracyjnych oficerów MO, SB. Czasem z nudów zajrzał do „teczek”. Najczęściej znajdował tylko niechlujnie wypełnione raporty z kolacji ministerialnych. Jedyne tajemnice jakie można było odkryć w jego repozytorium, to te dotyczące kulinarnego rozpasania urzędników Państwa Ludowego.
W pracy czytał książki, porządkował dokumenty (był pedantyczny i uwielbiał porządek na swoich półkach). Czasem przypałętał się tylko jakiś dawny działacz „Solidarności” szukający haków na swoich „kumpli” z „S”. Najczęściej odchodził z kwitkiem. Kwitkiem dosłownym – na przykład z restauracji „Pomorska” z 1980, w której to spożywał śniadanie oficer SB z niejakim TW „Tomciem Paluchem”. I tyle mógł działacz uzyskać. Jego osobiście mierzili tacy ludzie niepotrafiący zapomnieć o przeszłości, szukający zemsty. Jednocześnie ich rozumiał. Taki „Tomcio Paluch” sprzedawczyk i informator komunistycznej władzy, a obecnie zasiada w (lepiej nie mówić, bo ściany mają uszy)… Natomiast człek co nerki sobie na styropianie przeziębił jedzie na marnej rencinie. Ogólnie cisza panowała w jego mikrokosmosie metalowych regałów, zawalonych kurzącymi się teczkami.
Spokój królował dopóki nie zjawiła się ONA. Z początku myślał, że dziewczę się zgubiło. Wyglądała na sekretarkę, któregoś ministra. Krótka mini, jedwabne pończochy opinające fantastycznie długie nogi, biała bluzka z dekoltem, który nęcił a jednocześnie niczego nie obiecywał. Długie czarne włosy, a on miał pociąg do czarnowłosych kobiet. Pociąg straszliwy i nieokiełznany. Na jego pytanie, zadane w dość obcesowy sposób: Czy nie zgubiła się pani? Odpowiedziała przecząco. Przyszła do niego, bo potrzebuje pomocy. Miał jej znaleźć TW „Makabreska”. Jej czerwone usta drżały gdy wypowiadała pseudonim, a w oczach pojawiły się łzy. Domyślił się, że to sprawa osobista. Obiecał, że poszuka, powiedział dziewczynie, żeby przyszła za dwa dni. Dwa dni minęły mu bardzo szybko. Przeszperał wszystkie zakamarki w swoim wydziale, pracował wytrwale i ciężko. Znalazł mnóstwo materiałów o „Makabresce”. Nie zamierzał ich jednak dawać dziewczynie od razu. O nie! Gdyby przekazał jej wszystko, nigdy nie zajrzałaby do jego pustelni. Dlatego postanowił karmić ją okruchami, strzępkami informacji. Za każdym razem obiecując więcej. Plan się udał, dziewczyna ucieszona była nawet z tych drobin. Zaczęła coraz częściej przychodzić do niego. On wydzielał informacje o „Makabresce” niczym Szkot dzielący chleb między swoje dzieci. Podczas jej odwiedzin rozmawiali, żartowali. Zdobywał coraz większą pewność, że to przeznaczenie, i że Monika (tak miała na imię) to ta jedyna. Nie mógł w nocy spać, świadomość faktu, że informacje o „Makabresce” skończą się nieubłagalnie, przyprawiała go o koszmary. Wielokrotnie w swoich snach, słyszał głos mówiący „Do widzenia”, dobiegający z ciemnego korytarza prowadzącego na zewnątrz jego biblioteki. W jednym śnie wstrzymał oddech, próbując dostrzec w ciemnościach coś, cokolwiek, co pozwoliłoby mu odkryć źródło tych dziwacznych, a zarazem nieoczekiwanie pociągających dźwięków. Domyślał się, że to był głos Moniki. Obsesja związana z Moniką była równocześnie spleciona z historią „Makabreski”. A ona była długa… Nastał dzień, w którym miał przekazać ostatnie materiały Monice. W nocy przyśnił mu się pomysł. Uknuł plan, który pozwoli mu zatrzymać Monikę przy sobie na zawsze. W swoich pokojach magazynowych miał małą kanciapę, otoczoną ze wszech stron regałami. Nikt tam oprócz niego nie zaglądał. Poobwieszał ją choinkami zapachowymi w ogromnej liczbie. Miejsca w niej starczało zaledwie na jedną leżącą osobę. Było w tej kanciapie sucho i przewiewnie. Idealne warunki… Teraz tylko musiał czekać na przyjście Moniki, czekał za ladą skupiony, oddychając płytko. Widział ją oczyma wyobraźni, w tej kanciapie. Będą razem na zawsze. Pod ladą nerwowo zaciskał dłoń na kuchennym nożu. Nikt nie zabierze mu Moniki.
